Moja mama stwierdziła, że jestem alkoholikiem. Powiedziałem jej, że mogę nie pić, ale okazało się, że chyba kłamałem, ponieważ jednak nie mogę. Co tu dużo mówić, lubię pić ;-D Lubię każdy aspekt z tym związany, nawet w pewnym sensie kaca - akceptuję go jako konieczność i nigdy nie zdarzyło mi się na niego narzekać, ponieważ trąci to trochę hipokryzją. Nie chcesz mieć kaca - było nie pić. Piłeś - masz kaca. Taka jest kolej rzeczy, nic się z tym nie da zrobić, to też i nic z tym robić nie próbuję.
Pierwszy raz porządnie się spiłem jak miałem szesnaście lat. Wylądowałem wtedy w wannie, skąpany we własnych wymiocinach, a kac trzymał mnie dwa dni. Nieszczególny to powód do dumy, ale cóż, młody wtedy byłem, głupi... Teraz zawsze trafiam wymiotami do muszli klozetowej, a i noclegi w wannie nie zdarzają się nader często.
Ale temat jest o abstynencji, a ja piszę zupełnie o czym innym xD Z abstynencją jako taką raczej styczności nie miałem, chociaż jeden kolega z liceum przez całe swoje życie nie tknął ani kropli alkoholu. Nie do końca wiem dlaczego, kilkukrotnie próbowałem go podpytać ale nie chciał o tym mówić, więc nie ciągnąłem go za język. Potem, na studiach, powiedział, że pójdzie ze mną na piwo jeśli obaj zdamy egzamin z algebry. Mi się powiodło, jemu nie, więc idea poległa.
Osobiście nie widzę nic przeciwko abstynentom, ale trochę dziwią mnie ci, którzy nigdy nie spróbowali a innych krytykują, tak jak pisał Łukasz w pierwszym poście. To tak jakby oceniać negatywnie książkę, której się nie przeczytało i jeszcze krytykować tych, którym się ona podoba. Ludzie są różni (i chwała za to), nie ma co zatem się dziwić, że jedni piją za dużo a inni wcale.