Przypomnijcie sobie taką historię (albo wyobraźcie jeśli takiej nie znacie z doświadczenia):
Tak jakoś w życiu wychodzi, że nagle, z rozmaitych powodów, człowiek o którym tyle lat/miesięcy rozmyślałaś przed snem, że już na całe życie, że potem to tylko ciepłe kapcie i bujany fotel^^, przestaje być tym na całe życie. On zostawił, ty zostawiłaś, rozeszliście się, bo "coś" całkiem na spokojnie.
I co dalej?
Jakie miejsce mają/powinni mieć byli w naszym życiu. Czy jest sens ciągnięcie znajomości jako "przyjaźni", seksu jako przyjemności, udawania, że się lubicie ze względu na towarzystwo? Jakie jest wasze zdanie i doświadczenie w tej dziedzinie?
***
Temat mi się wziął, bo spotyka mnie już któryś przypadek wielkiego, burzliwego rozstania pary. Ona go rzuca, przy okazji sypia z innymi dwoma (nie jednocześnie

) z nadzieją, że z nimi się ułoży jakiś związek. Nie przeszkadza jej to mieć byłego zapisanego w tel jako "Myszka" i pisania co dzień 'co tam?'. Sylwestra też spędzają razem i ja wiem, że się zejdą. Albo rozstanie było nieprzemyślane albo ona siły nie ma żeby działać.
Dobry (chociaż rzadki bardzo) kontakt mam z moimi wczesno-nastoletnimi miłościami, które wiem, że były raczej jakimś snem nieporadnej dziewczynki, która z hukiem wpadła z bajkę o pocałunkach, księżycu i miłościach większych niż ona cała. Oni też rozumieją jak było i dogadujemy się dobrze. Ale w życiu nie mogłabym ich mieć na co dzień przy sobie. Po prostu nie umiem (i widzę, że większość nie umie), żyć na jednym podwórku z kimś kto był choćby przez chwilę całym twoim światem.
Mojego ostatniego byłego, z którym byłam parę lat pozbywałam się z życia długo i nie było łatwe, ale z tego związku musiałam się wyleczyć, żeby spokojnie wejść w przyszłość. Gdy zaczął z zapałem przy każdym spotkaniu na jakiejś imprezie zapewniać jaki to z niego przyjaciel rodziny będzie w pewnym sensie go znienawidziłam. Wkurzam się na samą myśl o nim i na każde z nim spotkanie... a też rozstanie paradoksalnie wypłakiwałam w jego ramiona i z nim prowadziłam poważne nie-tylko-rozmowy.
I myślę sobie, że jeśli się kiedyś kogoś kochało albo jeśli się żyło długo z myślą, że na zawsze to nie można być potem blisko - widzę jak kuszą tych co się rozstali myśli o ponownym zejściu. Jak ludzie próbują po raz wtóry i do niczego to nie prowadzi poza łzami.
Na zakończenie: uważam, że jak mężczyzny, z którym coś nas łączyło wielkiego nie wywiezie się kilkaset kilometrów i osiem towarzystw dalej, albo nie znienawidzi doszczętnie to ciężko normalnie żyć i nie kombinować, nie żałować, nie myśleć.