Czy nikt nie chce porozpaczać ze mną nad tym nieszczęśliwym faktem, że nasza przygoda z Housem, nieodwołalnie się kończy?
Ostatnie odcinki 8. sezonu, całkowicie powaliły mnie na ziemię. Racja, często płaczę na filmach i książkach, ale to, co scenarzyści zrobili z moją duszą, to już było przegięcie! Przecież ja znam Wilsona od tylu lat! Jest tak samo moim przyjacielem jak Housa - nie wyobrażam sobie, ile chusteczek zużyję w poniedziałek.
Kończy się coś przełomowego, coś wielkiego, co stało się częścią naszej (a przynajmniej mojej) życiowej rutyny. Zawsze mnie taka melancholia ogrania, kiedy kończy się serial. Ale ten oglądałam najdłużej i mam wrażenie, jakbym na zawsze żegnała się z kimś bardzo ważnym w moim życiu. Dobra, nie smęcę już, wrócę zaszyć się pod kocem i rozpaczać w samotności : ) Ale to tak boli, noooo!