Ojcostwo...
Dwa lata temu napisałbym że ojcostwo jest piękne, wspaniałe, ale nie potrafię sobie siebie wyobraźić w tej roli. Pisałbym o różnych innych priorytetach, uwarunkowaniach osobistych, umiejscawiając się na drugim biegunie ojcostwa.
Teraz jest trochę inaczej. Potrafię dostrzec siebie w tej roli i cześciej o tym myślę. Czasem nawet zastanawiam się jak wyglądałby uśmiech mojej córki, czy oczy syna. Rozmyślam jak by to było dzielić moje życie z taką rodziną. Obserwuję młodych ojców ze swoimi pociechami, zwracam uwagę na sytuacje dnia codziennego i zadania którym muszą podołać tacy tatusiowie, wcześniej tego nie robiłem.
Zaczynam czuć się pewniej w otaczającym mnie świecie i czuję że potrafiłbym być odpowiedzialny za nowe życie. Nie znaczy to, że obecnie pragnę być ojcem, bo tak nie jest. Wiem, że gdybym nim został, starałbym się ze wszystkich sił, by być jak najlepszym rodzicem, by dać dziecku to, co ja sam otrzymałem, by zaszczepić w nim cząstkę mnie, bym odchodząc z tego świata wiedział, że jednak na nim zostanę... móc być dumnym i nie zostać zapomnianym, by złożyć u stóp dziecka całe własne życie, osiągnięcia i nabytą mądrość... by dostrzec w dziecku, prawdziwego siebie i poznać sens, którego się poszukiwało.
Obawiam się trochę, że ta zmiana mojej percepcji o której piszę, może być czymś na wzór zainteresowania rzeczą, która nigdy nie będzie w moim zasięgu. I jest to cholernie smutne.