Byłam na Avatarze w zeszłym tygodniu i zapomniała napisać^^. Do samego końca byłam sceptycznie nastawiona, właśnie przez szum wokół filmu - i sci-fi to od dłuższego czasu nie do końca mój gatunek.
Zacznę od samego 3D - byłam pierwszy raz i jakoś tak mi się wydawało, że to rochę jak piosenki fasolek w 3D z dzieciństwa, że trzeba być 6 latkiem by się na to nabrać. Kot ze zwiastunu Alicji w Krainie Czarów, który szczerzył zęby na wyciągnięcie dłoni wywołał u mnie dziecięcy śmiech, który mi został już do końca. Te białe latające duszki i widok z lotu ptaka i popiół padający ci niemal na nos - świetne!
Co do fabuły filmu. No faktycznie jak już o Pocahontas usłyszałam to potem miałam to cały czas w głowie. Normalnie słyszałam piosenkę Edytki Górniak w tle jak biegli przez las xD. Słyszałam od kilku osób, że scenariusz słaby - faktycznie nie zaskakuje, ale myślę, że nie o to chodzi. Zresztą czy zawsze musimy być zaskakiwani? Oglądałam go z zaparty tchem, uwielbiam takie epopeje i klasyki. Film o miłości, o obronie ojczyzny, o trudnych wyborach, o potrzebie kontaktu z naturą i próbie zrozumienia sensu życia, a wszystko jak national geografic - czujesz, że dzieje się tuż obok. W nieco mniej pasjonujących momentach śmiałam się sama z siebie, że oglądam jak dziecko słuchające po raz setny bajki o księżniczce. Słuchające z rozdziawioną buzią, w totalym skupieniu, szczerze trzymające kciuki za księcia.
I pierwszy raz chyba od czasów Władcy - świat tak mnie porwał, że wyszłam z kina z uczuciem, które towarzyszy mi po zakończeniu czytania dobrej książki. Czułam, że ktoś siłą mnie wyrwał z tego lepszego, ciekawszego świata. Po prostu było mi przykro, że skończyło się coś w co wierzyłam, że isntieje przez te 2 h filmu.
Fajnie czasem poczuć się naiwnym dzieckiem^^.