Mam bzika na punkcie noży, sztyletów jak i broni długiej takich jak lanca, halabarda, włócznia. Od dzieciństwa zawsze ganiałam z 2x większymi ode mnie kijami i tłukłam wszystko co wlazło pod rękę. :p Tzn, nie ludzi, ale roślinki czy niewinne drzewka zawsze obrywały. A od kiedy wygrałam pojedynek na lekcji taekwondo, bo mój nauczyciel się przecenił, to w ogóle dostałam bzika na tym punkcie.

Tenże koleś zaraził mnie też pasją/obsesją do wszelakiej maści noży i sztyletów, a nawet do niepozornych shurikenów. Czasami jak mi się chwali nowymi zdobyczami to mi ślinka cieknie. A szczególnie jak ostatnio przyniósł sztylet obusieczny to aż dostałam gęsiej skórki. Nie wiem co widzę w tym żelastwie ale co poradzić.

generalnie może to wiąże się z tym, że zawsze kochałam się w sztukach walki jakiejkolwiek maści (nie liczę tutaj boksu ringowego! Nudy.) i chodzę już od kilku miesięcy z zamiarem zapisania się do szkoły muay thai (dla niedoinformowanych - tajski boks, jedna z bardziej agresywnych sztuk walki). Cóż, chyba widzę w tym jakąś formę odreagowania, nie wiem. :]